III niedziela Adwentu
czytania: Iz 35,1-6a.10; Ps
146,7-10; Jk 5,7-10; Iz 61,1; Mt 11,2-11
Spe salvi
Czytając
Ewangelię na III niedzielę Adwentu (Mt 11, 2-11) spotykamy się z dramatycznym
pytaniem uwięzionego Jana Chrzciciela skierowanym do Jezusa: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też
innego mamy oczekiwać?" (Mt
11,3) A przecież to właśnie Jan
wcześniej wskazał na Jezusa, jako na oczekiwanego Zbawiciela: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech
świata. (...) Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym" (J 1,
29b. 34) Teraz jednak przeżywa
chwile ciemności i zwątpienia. Nic dziwnego, jest przecież niesprawiedliwie
więziony przez okrutnego tyrana. Wydaje się też, że wraz z objawieniem się
Jezusa nic się nie zmieniło w niełatwej rzeczywistości narodu wybranego.
Okupacja rzymska nadal trwa. Elita narodu: arcykapłani, saduceusze, faryzeusze
i uczeni w Piśmie są wrogo nastawieni do Jezusa. Marionetkowy król Herod pławi
się w zbytku i rozpasaniu łamiąc przykazania Boże i nie troszczy się o ubogich.
Nie brakuje ludzkiej krzywdy i niesprawiedliwości. Gdzie w takiej
rzeczywistości Jan ma szukać nadziei?
Odpowiadając
na to dramatyczne pytanie Jezus wskazuje na wypełnianie się proroctwa Izajasza:
„niewidomi wzrok odzyskują, chromi
chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają,
ubogim głosi się Ewangelię" (Mt 11,
5) To rzeczywiście się wydarza. Tam gdzie dociera Jezus ze swym słowem i mocą
dzieją się właśnie takie rzeczy. Ci, którzy są ich świadkami, ze zdumienia
przecierają oczy i wielbią Boga za cuda, których Jezus dokonuje.
Tyle
mówi Ewangelia.
Czy
ma ona jednak jakieś odniesienie do dzisiejszych czasów? Oczywiście ma i to
bardzo znaczące. Nie brakuje bowiem i w dzisiejszych czasach równie
dramatycznych pytań wśród chrześcijan jak to, które skierował z więzienia do
Jezusa Jan Chrzciciel. To pytanie o nadzieję. Skąd ją brać? Gdzie jej szukać?
Gdzie szukać w II tysiącleciu po Chrystusie znaków zbawienia?
Szczególnie
świadomy tych pytań wydaje się być obecny papież Benedykt XVI. Niewątpliwie docierają
do niego ze wszystkich stron świata tego rodzaju pytania od chrześcijan, którzy
niejednokrotnie muszą stawić czoła niełatwej rzeczywistości. Takie pytanie docierają
z krajów Azji, gdzie chrześcijanie po dzień dzisiejszy są więzieni i
prześladowani; z krajów islamu, w
których chrześcijanie muszą się liczyć z groźbą utraty majątku a nawet życia z
powodu wyznawanej wiary w Chrystusa, gdzie w wielu miejscach nie wolno im
publicznie wyznawać swej wiary; docierają z Ameryki Łacińskiej pełnej
niesprawiedliwości społecznej i ludzkiej biedy; docierają z ubogiej Afryki; ze
slumsów wielkich metropolii światowych; z bogatych miast Europy i Ameryki
Północnej gdzie szerzy się materializm, praktyczny ateizm, obojętność a nawet
wrogość wobec Kościoła i jego nauczania, gdzie ludzie żyją obok siebie
spragnieni miłości, gdzie umierają samotnie i bez nadziei.
Odpowiedzią
na te dramatyczne pytania jest papieskie nauczanie. Wydaje się, że szczególnie ważna
jest w tym względzie ostatnia encyklika papieska. Już sam jej tytuł jest wielce
znaczący: „Spe salvi" (facti sumus) - W nadziei już jesteśmy zbawieni. Benedykt
XVI uczy w niej chrześcijańskiej nadziei. Uczy nas dostrzegać w naszej
teraźniejszości znaków Zbawienia. Encyklika „Spe salvi" - to dla chrześcijanina
lektura obowiązkowa, ale też wielce pokrzepiająca. Naprawdę warto po nią
sięgnąć.
Nie
sposób jej w krótkiej homilii streścić. Można jednak wskazać za papieżem miejsca,
w których możemy szukać i uczyć się prawdziwej nadziei.
„Pierwszym istotnym miejscem uczenia
się nadziei jest modlitwa." - pisze
w encyklice papież - „Jeśli nikt mnie już więcej nie słucha, Bóg
mnie jeszcze słucha. Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać,
zawsze mogę mówić do Boga. Jeśli nie ma już nikogo, kto mógłby mi pomóc - tam,
gdzie chodzi o potrzebę albo oczekiwanie, które przerastają ludzkie możliwości
trwania w nadziei - On może mi pomóc."
Drugim
miejscem uczenia się nadziei jest działanie. „Każde poważne i prawe działanie człowieka jest czynną nadzieją. Jest
nią przede wszystkim w takim sensie, że w ten sposób usiłujemy wypełnić nasze
małe i większe nadzieje: wywiązać się z takiego czy innego zadania, które ma
znaczenie dla dalszej drogi naszego życia; przez własne zaangażowanie
przyczynić się do tego, aby świat był bardziej promienny i ludzki, i aby tak
otwierały się drzwi na przyszłość."
Kolejnym
miejscem uczenia się nadziei, jakże paradoksalnym, o którym wspomina papież
jest cierpienie. Trzeba tu od razu zaznaczyć, że papież nie wzywa do
cierpiętnictwa, ani tym bardziej do patrzenia z obojętnością na cierpienie ,
czy do pomnażania cierpień. Wprost przeciwnie. Papież mówi wyraźnie: „Tak, musimy zrobić wszystko dla pokonania
cierpienia" Zaznacza jednak, że
całkowite wyeliminowanie cierpienia nie jest w naszej mocy. I z mocą dodaje: Właśnie tam, gdzie ludzie, usiłując uniknąć
wszelkiego cierpienia, starają się uchylić od wszystkiego, co może powodować
ból, tam, gdzie chcą zaoszczędzić sobie wysiłku i bólu związanego z prawdą,
miłością, dobrem, staczają się w życie puste, w którym być może już prawie nie
ma bólu, ale coraz bardziej dominuje mroczne poczucie braku sensu i zagubienia.
Nie unikanie cierpienia ani ucieczka od bólu uzdrawia człowieka, ale zdolność
jego akceptacji, dojrzewania w nim, prowadzi do odnajdywania sensu przez
zjednoczenie z Chrystusem, który cierpiał z nieskończoną miłością.
Nie
mniej ważnym miejscem uczenia się nadziei jest wiara Kościoła w Sąd Ostateczny.
Dla wierzącego ta wiara łączy się z nadzieją. Bóg objawił bowiem pełnię swego
oblicza w Ukrzyżowanym. Bóg objawia swoje
oblicze właśnie w postaci cierpiącego, który dzieli dolę człowieka opuszczonego
przez Boga. Ten niewinny cierpiący stał się nadzieją- pewnością: Bóg jest i Bóg
potrafi zaprowadzić sprawiedliwość w sposób, którego nie jesteśmy w stanie
pojąć, a który jednak przez wiarę możemy przeczuwać. Tak, istnieje
zmartwychwstanie ciał. Istnieje sprawiedliwość. Istnieje « odwołanie »
minionego cierpienia, zadośćuczynienie, które przywraca prawo. Dlatego wiara w
Sąd Ostateczny jest przede wszystkim i nade wszystko nadzieją - tą nadzieją,
której potrzeba stała się oczywista zwłaszcza w burzliwych wydarzeniach
ostatnich wieków.
Ostatecznie
nasza nadzieja spoczywa w Bogu. Potrzebujemy
małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze.
Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższać pozostałe, są one
niewystarczające. Tą wielką nadzieją może być jedynie Bóg, który ogarnia
wszechświat, i który może nam zaproponować i dać to, czego sami nie możemy
osiągnąć. Właśnie otrzymanie daru należy do nadziei. Bóg jest fundamentem
nadziei - nie jakikolwiek bóg, ale ten Bóg, który ma ludzkie oblicze i umiłował
nas aż do końca: każdą jednostkę i ludzkość w całości. Jego królestwo to nie
wyimaginowane zaświaty, umiejscowione w przyszłości, która nigdy nie nadejdzie;
Jego królestwo jest obecne tam, gdzie On jest kochany i dokąd Jego miłość
dociera. Tylko Jego miłość daje nam możliwość trwania w umiarkowaniu, dzień po
dniu, bez utraty zapału, który daje nadzieja w świecie ze swej natury
niedoskonałym. Równocześnie Jego miłość jest dla nas gwarancją, że istnieje to,
co jedynie mgliście przeczuwamy, a czego mimo wszystko wewnętrznie oczekujemy:
życie, które prawdziwie jest życiem
Zobaczmy,
że jeśli naszą nadzieją jest Bóg, to przecież nie inną żył Jan Chrzciciel. I on
również doświadczał cierpienia i był spragniony Bożej sprawiedliwości. Jeśli
pytał Jezusa: Czy Ty jesteś Tym, który ma
przyjść? (Mt 11,3) , pytał w nadziei, że od Boga przychodzi. Jezus
odpowiadał: „niewidomi wzrok odzyskują,
chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli
zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię" (Mt 11, 5) Czy tego rodzaju dzieła mogą być
dziełem tylko ludzkim?
o.
Marek Cul OP
|